W świecie, gdzie każdy marzy o podróżach w stylu First Class, a jednocześnie nie chce wydawać na bilet równowartości używanego samochodu, pojawiło się pewne innowacyjne rozwiązanie. Oto przed Państwem – śpiulkolot! Choć nazwa brzmi jak zabawka z dzieciństwa lub kryptonim tajnej broni relaksacyjnej, śpiulkolot to najnowsze objawienie w dziedzinie komfortu podróżowania samolotem. Czym tak naprawdę jest ten wynalazek? Dlaczego Internet wariuje na jego punkcie? I czy naprawdę pozwala przespać cały lot – nawet ten trwający 9 godzin obok dziecka z grzechotką? Sprawdźmy!

Czym właściwie jest śpiulkolot?

Nie, to nie nowoczesne łóżko wodne na skrzydłach. Śpiulkolot to potoczne określenie innowacyjnych foteli lotniczych zaprojektowanych z myślą o śnie w chmurach. W skrócie – to technologiczna hybryda leżanki, fotela masującego i kapsuły ciszy, która sprawia, że podróż z Warszawy do Singapuru przypomina wizytę w SPA, a nie seans przetrwania. Trend ten wylansowały zwłaszcza linie lotnicze z Azji i Bliskiego Wschodu, które w konkurencji na luksusowe sprzęty pokładowe postanowiły zaoferować pasażerom prawdziwe „łóżko na wysokościach”. Nie trzeba jednak lecieć Emirates, żeby poczuć różnicę – śpiulkoloty już zaczynają trafiać do bardziej budżetowych przewoźników. No dobrze, „bardziej” to bardzo względne określenie, ale zawsze coś!

Dlaczego śpiulkolot podbija niebo (i serca podróżnych)?

Nie ma co ukrywać – większość z nas ma za sobą przynajmniej jeden lot, po którym przez dwa dni chodziliśmy jak Frankenstein. Ból karku, spuchnięte nogi, przypalenie kawą z termosu… Śpiulkolot to odpowiedź branży lotniczej na rosnące wymagania pasażerów, którzy pragną nie tylko docierać na miejsce, ale robić to z klasą i komfortem. Mowa tu o rozkładanych fotelach z opcją poziomego leżenia, indywidualnych systemach dźwiękochłonnych czy – uwaga! – strefach zapachowych z aromaterapią. Dla niektórych to może być nieco za dużo, ale hej, kto nie chciałby obudzić się nad Atlantykiem przy dźwiękach budzika ustawionego na śpiew wielorybów?

Technologia snu lepsza niż domowe łóżko?

Okazuje się, że śpiulkolot to nie tylko modny neologizm. To także technologiczny majstersztyk. W nowoczesnych śpiulkolotach znajdziemy czujniki postawy ciała, które – jak detektyw Poirot – dyskretnie analizują, czy śpimy wygodnie. Jeśli nie, automatycznie dopasowują ułożenie fotela i temperaturę otoczenia. Niektóre modele mają nawet funkcję „kołysania” pasażera niczym mama – delikatne wibracje dodatkowo uspokajają i pomagają w zaśnięciu. I choć brzmi to trochę jak science fiction, to prawda – być może właśnie trwa rewolucja w sypianiu w samolotach. Kto wie, może za dekadę latanie będzie tak relaksujące, że ludzie zastąpią noclegi w hotelach biletami lotniczymi?

Śpiulkolot – trend, który mówi o nas więcej, niż myślisz

Popularność śpiulkolotu to nie tylko kwestia wygody. To także świadectwo naszych czasów, w których tempo życia osiągnęło prędkość przelotowego odrzutowca. Potrzebujemy odpoczynku, regeneracji i detoksu sensorycznego – nawet (a może zwłaszcza!) w podróży. Śpiulkolot wpisuje się w większy trend tzw. well-being travel – podróżowania, które dba o ciało i duszę. Nawiasem mówiąc, sam termin „śpiulkolot” to efekt memiczno-językowego sukcesu. Eklektyczne połączenie „spania” i „latającej maszyny” stało się hitem internetu i… nazwą handlową. Bo czemu nie połączyć przyjemnego z użytecznym, a jeszcze na tym zarobić?

Kto wie – być może śpiulkolot stanie się nowym standardem podróży, wypierając klasyczne (czytaj: niewygodne) siedzenia z naszych wspomnień. Zanim jednak linie lotnicze upowszechnią te udogodnienia, zadowólmy się marzeniami o lotach niczym w piżamowej bajce. Jedno jest pewne – śpiulkolot to zjawisko, które zostanie z nami na dłużej, a może nawet… na dobre.

Zobacz też: https://www.swiat-kobiet.pl/spiulkolot-co-oznacza-to-popularne-slowo-i-skad-sie-wzielo/